Widziałem ją cholernie wyraźnie, jakby była na wyciągnięcie mojej ręki. Średniej długości brązowe włosy związane w kok, odsłaniające kark, biały podkoszulek, naciągnięty na jej górną partię ciała, czarne spodnie i zdezelowane trampki, których za nic w świecie nie chciała się pozbyć. Musiała przed chwilą wrócić do domu. Dłonie poza zasięgiem mojego wzroku... Patrzyła przez okno.
Tak. Dokładnie taką ją zapamiętałem.
Zrobiłem pierwszy, niepewny krok. Choć ciężko mi się do tego przyznać, bałem się. Dzieliło nas może dwa metry, a dla mnie były one jak wieczność. Postawiłem kolejny krok, a gdy zamykałem drzwi, ona lekko się obróciła. Oprawki okularów zasłaniały mi jej oczy, ale nie łzę, która ściekała po jej policzku. Znów stanęła do mnie tyłem, ścierając łzę grzbietem dłoni. Ze złością? Nie potrafiłem odgadnąć.
Zbliżyłem się o kolejny krok. Usłyszałem jej świszczący oddech, nienaturalnie głośny. Musiała dużo wypalić, będąc poza mieszkaniem. Dotknęła mnie myśl, że tak, to moja wina. Pozbyłem się tej myśli - nie teraz - i położyłem jej dłoń na ramieniu, delikatnie. Drgnęła pod moim dotykiem, przestraszona. Objąłem ją w pasie, wtuliłem głowę w jej szyję i wyszeptałem po cichu jej imię. Nie odpowiedziała, jakby mnie nie usłyszała. Spróbowała wywinąć się z mojego uścisku.
- Kochanie...
- Nie dotykaj mnie!
Cóż. Nie mogę ująć tego inaczej - trafił mnie istny szlag. Nim pomyślałem, moja ręka wykonała szybki ruch. Nie zdążyła nawet uchylić się przed pięścią, która wylądowała przy jej uchu, na ścianie za nią. Otworzyła szeroko oczy i tylko na mnie patrzyła, oczami przepełnionymi przerażeniem i smutkiem. Świszczała.
- Łosiu... - zwróciła się do mnie cicho, opuszczając wzrok dokładnie tak jak wtedy, kiedy zobaczyła naszą wspólną znajomą, wspinającą się na palce i łączącą nasze usta. Tak jak wtedy, kiedy spadła z punktu widokowego i złamała nadgarstek, na całe szczęście ręki, którą nie rysowała. Chociaż słowo "spadła" powinienem zastąpić słowem "skoczyła". Mimowolnie spojrzałem na gips, który trzymała na wysokości serca i zamarłem. Był zapisany słowami. Czarnym markerem zapisała gładką powierzchnię. Zdążyłem przeczytać "Kochamwybaczamnienawidzekocham", nim zasłoniła resztę tekstu drugą dłonią.
- Przecież dobrze wiesz, że to ciebie kocham... - powiedziałem, opierając czoło o jej czoło. - Ona nic dla mnie nie znaczy, do cholery, to dla ciebie poświęcę życie, jeśli tego sobie zażyczysz. To ciebie wybrałem w ten listopad, to z tobą planuję przeżyć resztę życia, ona się nie liczy...
Odwróciła głowę. Opuściłem obolałą pięść i odwróciłem się, by wyjść. Widać nie miałem tu czego szukać. Czułem na sercu żelazną rękę, która zaciskała się z każdym ruchem oddalającym ją ode mnie. I gdy już kładłem dłoń na klamce, usłyszałem jak zaintonowała:
- "Now hush little baby, don't you cry, everything's gonna be alright..."*
Spojrzałem na nią, zdziwiony, a kiedy ujrzałem kolejne łzy, nie zawahałem się. Znalazłem się przy niej, otarłem te kilka kropelek i przygarnąłem ją do siebie. Poczułem jej o wiele słabsze od moich ramiona w pasie, obejmujące mnie. Poczułem jednocześnie, że żelazny ucisk zniknął. Chwyciłem jej twarz w dłonie, delikatnie, uniosłem tak, by mogła spojrzeć mi w oczy. Zobaczyłem w nich to, co chciałem zobaczyć. W jej oczach czaił się uśmiech.
Już po chwili pod swoimi ustami poczułem ten uśmiech. I sam się uśmiechnąłem.
__________________
*Eminem - Mockingbird
- Kochanie...
- Nie dotykaj mnie!
Cóż. Nie mogę ująć tego inaczej - trafił mnie istny szlag. Nim pomyślałem, moja ręka wykonała szybki ruch. Nie zdążyła nawet uchylić się przed pięścią, która wylądowała przy jej uchu, na ścianie za nią. Otworzyła szeroko oczy i tylko na mnie patrzyła, oczami przepełnionymi przerażeniem i smutkiem. Świszczała.
- Łosiu... - zwróciła się do mnie cicho, opuszczając wzrok dokładnie tak jak wtedy, kiedy zobaczyła naszą wspólną znajomą, wspinającą się na palce i łączącą nasze usta. Tak jak wtedy, kiedy spadła z punktu widokowego i złamała nadgarstek, na całe szczęście ręki, którą nie rysowała. Chociaż słowo "spadła" powinienem zastąpić słowem "skoczyła". Mimowolnie spojrzałem na gips, który trzymała na wysokości serca i zamarłem. Był zapisany słowami. Czarnym markerem zapisała gładką powierzchnię. Zdążyłem przeczytać "Kochamwybaczamnienawidzekocham", nim zasłoniła resztę tekstu drugą dłonią.
- Przecież dobrze wiesz, że to ciebie kocham... - powiedziałem, opierając czoło o jej czoło. - Ona nic dla mnie nie znaczy, do cholery, to dla ciebie poświęcę życie, jeśli tego sobie zażyczysz. To ciebie wybrałem w ten listopad, to z tobą planuję przeżyć resztę życia, ona się nie liczy...
Odwróciła głowę. Opuściłem obolałą pięść i odwróciłem się, by wyjść. Widać nie miałem tu czego szukać. Czułem na sercu żelazną rękę, która zaciskała się z każdym ruchem oddalającym ją ode mnie. I gdy już kładłem dłoń na klamce, usłyszałem jak zaintonowała:
- "Now hush little baby, don't you cry, everything's gonna be alright..."*
Spojrzałem na nią, zdziwiony, a kiedy ujrzałem kolejne łzy, nie zawahałem się. Znalazłem się przy niej, otarłem te kilka kropelek i przygarnąłem ją do siebie. Poczułem jej o wiele słabsze od moich ramiona w pasie, obejmujące mnie. Poczułem jednocześnie, że żelazny ucisk zniknął. Chwyciłem jej twarz w dłonie, delikatnie, uniosłem tak, by mogła spojrzeć mi w oczy. Zobaczyłem w nich to, co chciałem zobaczyć. W jej oczach czaił się uśmiech.
Już po chwili pod swoimi ustami poczułem ten uśmiech. I sam się uśmiechnąłem.
__________________
*Eminem - Mockingbird
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz